Wraz z podbojem wielkiego, zielonogórskiego świata, zakończył się podbój mojego podniebienia czyniony przez mamusine, tudzież tatusine obiadki.
O losie! Nie jestem typem człowieka - studenta latającego codziennie do fast food'a, zapychając hamburgerami tęsknotę za domowym kotletem z ziemniakami. Okej. W takim razie zupki chińskie, kanapki czy głodówka? Wybierajcie, przebierajcie.
Ale zaraz, zaraz. Studenci zawsze są obdarowywani pyszną strawą, szczelnie zamkniętą w słoiku, przywiezioną z domu rodzinnego. Bigosik, gołąbeczki, pierożki. Mniam. Ale ileż można jeść ciągle odgrzewane jadło i rozgotowane pierogi?
Koniec, basta.
W dniu, w którym postawiłam kres śmieciowym zupkom chińskim, kanapkom na obiad (mamusinej wałówki nie zdołałam odrzucić;p ), nastąpiła istna kuchenno - studencka rewolucja.
Nagle zdałam sobie sprawę, że gotowanie wcale nie jest takie trudne, dodatkowo wychodzi mi to całkiem nieźle, a ponadto często gęsto udaje mi się upichcić coś z niczego. Tym samym jestem żywym, namacalnym dowodem na to, że obiad nie musi zawsze składać się z ziemniaków i mięsa.

Uwielbiam Cię!!! :))
OdpowiedzUsuńPierwszy wpis zajebisty! Oby tak dalej! :)
OdpowiedzUsuń