niedziela, 8 grudnia 2013

Let's snow^^



Ho ho ho!
Wraz z pierwszym tygodniem grudnia przybyło śniegu i świątecznego nastroju. W studenckim mieszkaniu pojawiła się choinka, a w radio zaczęto puszczać świąteczne piosenki:) Nie żebym była jakoś specjalnie podekscytowana, ale za dwa tygodnie świętaaaa! Tym samym w domu rozpoczęła się burza mózgów: jakie potrawy przygotować, jakie ciasta upiec i od czego zacząć świąteczne porządki:) Ponieważ przyjemności należy odpowiednio dawkować, ja przedsmak świąt poczułam już wczoraj, gdyż po raz pierwszy spod mojej ręki wyszła polska ryba po grecku. Nie chwaląc się zbytnio, jest co najmniej epicka. W tym miejscu powinien pojawić się przepis, ale z racji ogarniającego mnie lenistwa i stygnącej kawy, zamieszczę go za jakiś czas:) 
A teraz życzę wszystkim udanego niedzielnego popołudnia, ciepłych kapci i grzańca na wieczór, enjoy!
P.






środa, 20 listopada 2013

Urodzinowa retrospekcja :)

Bonjour!
W dzisiejszym odcinku coś bardzo urodzinowego, nieziemsko smacznego i nie bardzo kalorycznego:)

Przenieśmy się więc w czasie mniej więcej do połowy października. Tegoż dnia odbyło się przyjęcie urodzinowe Pauliny, zorganizowane przeze mnie i Sylwię, a ufundowane po części przez samą solenizantkę. Ponieważ raz w życiu kończy się lat 22, wiek to już podeszły, zatem samo przyjęcie zorganizowane było w tonie spokoju i melancholii, zapite za mało alkoholowym drinkiem i zagryzione ciastkiem :D

Urodziny jak to urodziny - nie mogło się obejść bez tortu. Ku zaskoczeniu, mam nadzieję Was wszystkich, urodzinowe ciasto nie składało się z biszkoptu przełożonego kremem, ale było nieco bardziej fantazyjne, finezyjne, niebiańsko lekkie i smaczne:)

Zapraszam zatem na zapoznanie się z niezwykle skomplikowanym przepisem i fotorelacją z trzyosobowego "melanżu":D

Tort a'la Ostrowska & Łysoń
- puszka niesłodzonego mleka skondensowanego
- 3 galaretki: żółta, czerwona, niebieska
- śmietanka 30%
- śmietan-fix




Sposób przygotowania:
     1. Galaretki rozpuścić w osobnych miseczkach, każdą w szklance wrzącej wody.
     2. Mleko skondensowane dobrze schłodzić, następnie ubić mikserem na pianę.
     3. Pianę podzielić na trzy równe części, dodać do niej chłodną, ale nadal płynną galaretkę, wymieszać mikserem.
     4.Tortownicę o średnicy 22 cm wyłożyć papierem. Na środek wylać dwie łyżki pierwszego koloru, następnie drugiego i trzeciego, aż do wyczerpania masy.
     5. Wstawić do lodówki i pozostawić do ścięcia.
     6. Śmietankę ubijamy mikserem razem ze śmietan-fixem, smarujemy nią wierzch ciasta.

Smacznego! 








Pat.


wtorek, 12 listopada 2013

Radość pachnie bananem.


   Kolejny długi weekend w domu i kolejny powrót do smutnej, uczelnianej rzeczywistości. Lubię to miejsce, lubię tu być, ale nie lubię tu wracać. Uczelnia, nauka, seriale, nauka, spanie. Ale jest coś jeszcze. Jest gorąca kawa w coraz mroźniejsze wieczory, są przyjaciele w smutnych chwilach. I jest ONA. Kuchnia. Moje miejsce, moja świętość, moje templum. Chyba nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, ile tych kilka chwil spędzonych na przygotowywaniu posiłków potrafi wnieść w moje życie. Jak bardzo odpręża, pobudza, jak bardzo cieszy. 
   Dziś dzień melancholii. Miasto spowił dym z kominów. Podobnie jak moją kuchnię - dym przypalonych ciastek :D
   Od jakiegoś czasu goszczą tu głównie przepisy słodkie, cukrowe i szalenie kaloryczne. Dziś również dałam się ponieść spadkowi cukru we krwi i w przypływie natchnienia popełniłam ciastka. Ale jakie! Nie było tam mąki, cukru, jajek. Wystarczyły dwa składniki: płatki owsiane i banan. Niby nic, a tyle radości. Bo radość wbrew pozorom pachnie właśnie bananem. 

   Lista zakupów jest prosta, wystarczą dwie garści płatków owsianych, najlepiej błyskawicznych, dwa banany, odrobina cukru waniliowego i dwie kostki czekolady.

Banany należy obrać ze skórki i umieścić w misce. 


Następnym krokiem ku przyszłości jest rozgniecenie ich widelcem na papkę (przy tej okazji polecam skorzystać z usług jakiegoś mięśniaka, bo nasza ręka na pewno przy owym ugniataniu ucierpi). 
Kiedy uzyskamy pożądaną konsystencję, dodajemy odrobinę cukru waniliowego i płatki. 
Mieszamy. Mieszamy. Mieszamy. 


Kolejną istotną rzeczą jest przygotowanie blaszki pod pieczenie. Należy pamiętać by wyścielić ją papierem do pieczenia, dzięki czemu nasze ciacha się nie przykleją. (Ja osobiście zapomniałam o tym istotnym szczególe, a później musiałam wzywać wszystkich świętych na pomoc). 

Następnym, a w zasadzie ostatnim krokiem jest położenie przyszłych
ciastek na blasze. To jaki będą miały kształt, jak będą duże i grube zależy oczywiście od Was. Ale wiadomo - im mniejsze i cieńsze, tym szybciej się upieką :) 


Wjeżdżamy zatem do pieca. Teraz powinna pojawić się informacja o temperaturze pieczenia, ale ciężko mi to określić z racji tego, iż korzystam z piekarnika gazowego. Ma być gorący i tyle. Czas pieczenia? Na oko. Ciastka mają się po prostu wysuszyć.

Kiedy nasze ciacha będą korzystać z termicznej kąpieli, my chwytamy się za tarkę i trzemy czekoladę. Gdy ciastka będą podpieczone, wyciągamy je na chwilę i posypujemy otrzymanymi wiórkami, po czym z powrotem lądują w piecu. 


Teraz wystarczy czekać, aż do końca się wysuszą i tadaaam :)

Są to chyba najbardziej dietetyczne i zdrowe ciastka, jakie ludzkość zdołała wymyślić. Mimo, że ja oparłam się na samych płatkach i bananie, to z powodzeniem można do nich dodać suszone owoce, bakalie i wszystko inne, co przyjdzie Wam do głowy. Są łatwe, smaczne i ładnie wyglądają. Szczególnie w obiektywnie Sylwii :) Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć Wam smacznego :)
























Pat.

  


niedziela, 10 listopada 2013

Manufaktura oponek :)

Dziś w programie oponka. A może ten oponek? Nie, stanowczo ta oponka. Moje polonistyczne skrzywienie nakazuje mi odmienić to przez przypadki :) ale nie, nie zrobię tego. Czym zatem jest owa oponka? Teraz czas na jakąś mądrą definicję, a zatem: oponka to okrągłe ciastko o złotawej barwie, wykonane z ciasta drożdżowego lub serowego, z otworem  środku, smażone w głębokim tłuszczu, często posypywane cukrem pudrem. Jak na mój gust, to po prostu prostsza odmiana pączka, zbliżona wyglądem do amerykańskiego donuta, aczkolwiek bardziej prymitywna. 

Mało kto jednak wie, że oponka to jedno z najbardziej tradycyjnych polskich ciastek, opisanych już przez Mikołaja Reja w "Żywocie człowieka poczciwego" :) niejaki J.K. wspominał, że w trakcie panowania Augusta III serwowano na dworze: 
"Ciasta także francuskie, torty, pasztety, biszkopty i inne, oponki nawet — wydoskonaliło się to do stopnia jak najwyższego. Staroświecką oponką trafiwszy w oko mógłby je podsinić, dziś oponka  jest tak pulchna, tak lekka, że ścisnąwszy ją w ręku znowu się rozciąga i pęcznieje do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby ją z półmiska"
Tak więc bez wątpienia możemy śmiało stwierdzić, że co najprostsze, to najlepsze :) skoro poznaliśmy już historię tegoż specjału, nastał czas na zdradzenie przepisu.

SKŁADNIKI:
- 1/2 kg białego sera
- 1 paczka cukru waniliowego
- 1/2 szkl. cukru
- 60 dag mąki
- 1/2 kostki margaryny3 jaja
- łyżeczka sody oczyszczonej
- 2 łyżeczki śmietany

Zabieramy się do pracy. Na stół wyciągamy stolnicę, wysypujemy na nią mąkę, cukier jeden i drugi, dodajemy ser, margarynę, śmietanę, sodę i wbijamy jajka. Całość zagniatamy tak długo, aż wszystkie składniki się połączą, tworząc jednolitą masę. Wałkujemy i wycinamy szklanką kółka, podobnie jak na pierogi, a następnie małym kieliszkiem lub nakrętką od butelki w tych większych kółkach wycinamy mniejsze:)

Na patelni rozgrzewamy olej, dużo oleju i smażymy do momentu, aż osiągną kolor złocisty. Po wyjęciu dobrze ułożyć je na papierowym ręczniku, który wchłonie nadmiar oleju. Usmażone oponki posypujemy cukrem pudrem, zjadamy i cieszymy się pochłanianymi kaloriami, które następnie utworzą oponkę, ale na naszym brzuchu :D Enjoy!






Pat.

Hello my sweet home

Bonjour!
Znów nastał weekend, a ja znów wyruszyłam do domu. Lubię być w domu. Bardziej niż w zeszłym roku. Pewnie dlatego, że czuję się słodko odmóżdżona, a problemy mnie tutaj nie dosięgają. Mogę siedzieć cały dzień pod kocem, z laptopem, z kubkiem aromatycznej kawy i nie robić nic. Będąc tu, mam też najwięcej czasu i możliwości, by kolokwialnie mówiąc "stanąć przy garach", nawet na cały dzień i oddać się temu co lubię najbardziej. Tak też było wczoraj, o rana do wieczora w kuchni, czego efekty zobaczycie już niebawem :) Tak sobie myślę, że do wczorajszego dnia nie zdawałam sobie sprawy, że gotowanie jest tak odprężające i że pomaga wyzbyć się negatywnych emocji.
A dziś? Dziś gotuje tato, a ja popijam kawę i zagryzam słodkim, wysokokalorycznym, niezdrowym, ale jakże smacznym ciastkiem :D

Enjoy!/Pat.

 #poranek z kawą i laptopem <3

#la muffinka zjedzona w pociągu

sobota, 2 listopada 2013

Pierogi z aronią, czyli przyjemne z pożytecznym :)

   Czołem!
   Za oknem typowo jesienna pogoda, deszcz siąpi, wiatr wieje, a w kuchni lato pachnące pierogami. Pierogami z aronią oczywiście:)

   Przy tej okazji chciałabym napomknąć, że początek września spędziłam na gotowaniu dżemu z tychże owoców. Sprawa banalnie prosta, aronię wystarczy zebrać, umyć i zagotować z cukrem, po czym przełożyć do słoiczków i pozostawić dnem do góry. Pomimo że aronia w postaci surowego owocu jest cierpka w smaku, to w postaci dżemu nabiera dużo lepszych walorów smakowych. Oczywiście nie można zapomnieć, że aronia to istna bomba witaminowa, więc jedzenie jej pod każdą niemalże postacią jest wskazana, szczególnie dla ciśnieniowców, gdyż skutecznie obniża ciśnienie.
  Jak już wspomniałam za oknem jesień, dlatego warto byłoby powrócić chociażby smakiem do lata, które wielu kojarzy się właśnie z pierogami nadziewanymi owocami :) Danie, którego dzisiaj się podjęłam jest niejako moim debiutem, ponieważ nigdy wcześniej nie robiłam pierogów. A zatem challenge accepted! Co prawda zrobieniem ciasta zajęła się moja mama, ale dżem służący za nadzienie, podobnie jak lepienie i gotowanie, to tylko i wyłącznie moja zasługa^^
   Nie będę pisać w jaki sposób robiłam pierogi, bo to chyba zbyt banalne:) warto jednak wspomnieć, że smakują one bardzo podobnie, żeby nie powiedzieć, ze identycznie jak pierogi z jagodami. Oczywiście najlepiej smakują ze śmietaną i cukrem, ale cukier - biała śmierć, więc odradzam:) niemniej jednak życzę smacznego i udanej zabawy w mące. Ejoy!



   

Pat.





piątek, 1 listopada 2013

Herbatnikowo-budyniowy przekładaniec

Salvete!
Długi weekend w rodzinnym domu sprzyja ciągłemu obijaniu się, oglądaniu telewizji, gotowaniu i jedzeniu słodkości :) szczególnie temu ostatniemu, bo choć ja sama mam średni dar do pieczenia (żeby nie powiedzieć, że nie posiadam go wcale), to moja rodzicielka wręcz przeciwnie. Jednym słowem: cuda wianki z piekarnika jej wychodzą. Dlatego też wraz z dzisiejszym wpisem, zaserwuję Wam przepis na iście bombowo-kaloryczne ciasto, które wykonaniem i smakiem może przypominać kultowego 3-Bita, aczkolwiek po mojej odautorskiej korekcie przepisu wyszło zupełnie coś innego, równie smacznego, a jeszcze równiej tuczącego :)
Do dzieła!

Składniki:
- 3 paczki herbatników po 200g (potrzebne ok 500g)
- 3 paczki budyniu śmietankowego lub waniliowego po 40g
- 1 litr mleka
- 5 łyżek cukru
- 100g masła lub margaryny
- 1 puszka masy krówkowej w dowolnym smaku
- 1,5 szkl. cukru pudru
- pół łyżeczki margaryny
- garść orzechów włoskich
- 1,5 łyżeczki kawy rozpuszczalnej

1. Formę do ciasta wykładamy folią. Herbatniki układamy na blasze.
2. 3/4 litra mleka i masło zagotowujemy. 1/4 litra mleka, 5 łyżek cukru i 3 opakowania budyniu należy dokładnie rozmieszać, a następnie dodać do gotującego się mleka. Budyń mieszamy aż do uzyskania masy budyniowej, studzimy.
3. Na herbatniki wykładamy połowę budyniu i układamy kolejną warstwę ciastek.
4. Następnie smarujemy masą krówkową, która ponownie wykładamy herbatnikami.
5. Kładziemy resztę budyniu i znów ciastka.
6. Przygotowujemy polewę. Do miseczki wsypujemy cukier puder, kawę, pół łyżeczki margaryny i odrobinę zagotowanej, gorącej wody. Mieszamy. Jeśli trzeba, dodajemy jeszcze trochę wody. Polewa powinna być płynna. Na sam koniec dodajemy pokruszone orzechy i jeszcze raz wszystko razem mieszamy.
7. Polewamy ciasto i wkładamy do lodówki, najlepiej na całą noc.

Na drugi dzień cieszymy się przepysznym deserem:) Smacznego!





P.

środa, 30 października 2013

Muffin time!

Zaledwie trzydniowy tydzień zdecydowanie wyszedł mi bokiem. Nie wiem kto wymyślił uczenie się na studiach, ale nic dobrego z tego nie wynika. All day, all night nauka. Padam na twarz.
 Z racji tegoż, moja wena twórcza odpłynęła w nieznane i nie wiem kiedy wróci. Nie mniej jednak, przy okazji zbliżającego się iście pogańsko - szatańskiego święta Halloween, wklejam zdjęcie Patryni z wysokokaloryczną, halloweenową muffinką z kremem o smaku gumy balonowej <3




Blog mój, zdjęcie moje, a muffinka Panny Ły. Chyba ona jest mistrzem w robieniu babeczek, więc dlaczego mam jej odbierać tą przyjemność? Jak już będę duża, to otworzę muffinkowy sklep. Ły będzie piekła, a ja zajmę się dystrybucją. Żartowałam, tak naprawdę będę je zjadać^^


Dobranoc!
P.



piątek, 25 października 2013

Ostra is comming.

Ahoj :D
Po tak długiej nieobecności powrót na blogowe strony bywa niezwykle... trudny. Masa pomysłów i miliony nowych, niepublikowanych, zalegających w mojej głowie przepisów. Ciężki wrzesień odbił się czkawką, a ja wracam do gotowania:)
Nowe, Agrestowe mieszkanie okazało się przyjemne, a duża kuchnia zachęca do pichcenia, kucharzenia i (o losie!) ciągłego jedzenia. Jednakże kto ma silną wolę ten ma lżej i dlatego wszelakim zachciankom mówię stanowcze NIE! Tym samym na wielki powrót polecam warzywną sałatkę z brokułem w roli głównej, może niekoniecznie dietetyczną, ale na pewno apetyczną^^


Przygotuj:
- nieduży brokuł
- makaron (ja użyłam małych kółek, ale może to być    makaron ryżowy, czy jakikolwiek inny nadający        się do sałatek)
- puszka konserwowej kukurydzy       
- 20 dag drobiowej szynki
- duża czerwona papryka
- ser feta, najlepiej półtłusty
- jogurt naturalny lub majonez
- sól, pieprz, posiekana pietruszka

Brokuł myjemy i dzielimy na mniejsze różyczki. Gotujemy go na parze, ale tak by był lekko chrupiący. Nie można zapomnieć o delikatnym osoleniu go. Makaron gotujemy w sposób podany na opakowaniu, odcedzamy i pozostawiamy do obcieknięcia. Kukurydzę również odcedzamy i przekładamy do miski. Szynkę i ser i paprykę kroimy w kostkę. Ugotowany brokuł i makaron dodajemy do kukurydzy, ser, szynkę  i paprykę również. Całość przyprawiamy, posypujemy pietruszką. Sałatkę podajemy z majonezem lub w wersji light z jogurtem naturalnym:)
Bon appetit! :)

piątek, 2 sierpnia 2013

Za mało cukru w cukrze

Lato w pełni, a ja najwyraźniej go nie czuję. Ok, upały dają się we znaki i tego nie da się ukryć. Lecz cóż z
tego, gdy tegoroczne wakacje przyszło mi spędzić w otoczeniu murów Zielonej Góry, w pustym mieszkaniu, w samotności i z wrednym kotem?

Witaj znienawidzona praco zarobkowa. Tak kochana matko, tak kochany ojcze. Jestem dorosła, będę zarabiać. Żałuję minuty, w której podjęłam tą decyzję. Ale na szczęście minął już miesiąc i przyznać muszę, że praca nie jest taka zła, ludzie są sympatyczni i pomimo panujących tam syberyjskich mrozów, czuję się dobrze.

Jeszcze dwa miesiące i pracy i szkoła. Hmmm.. Marne pocieszenie.

Niepocieszający jest również fakt, że przez mój, nazwijmy to "pracoholizm", zaniedbałam swoje kulinarne wyczyny.

Bijąc się w pierś i powtarzając "mea culpa" przyznać muszę, że moja dieta przez ostatni miesiąc ograniczyła się praktycznie do samego makaronu, a co za tym idzie stała się jałowa, nieciekawa, nudna wręcz! I monotonna.

Na domiar złego mój organizm najwyraźniej odnotował spadek cukru i uporczywie domaga się uzupełnienia tego braku. Jeszcze miesiąc temu na myśl o naleśnikach na obiad robiło mi się niedobrze i byłam święcie przekonana, że czymś takim najeść się nie można. Jednak od tygodnia hmmm... Budyń na śniadanie? Czemu nie! Makaron z białym serem na obiad? Oczywiście i to trzy dni z rzędu. Kanapka z dżemem na kolację? Jak najbardziej.

Mój organizm potrzebuje cukru jak nigdy dotąd. To pewne. Jednak na samą myśl o tym co ostatnio zjadam dostaję cukrzycy. Najwidoczniej funduję sobie "białą śmierć" z całą świadomością i odpowiedzialnością. Nawet teraz, w środku nocy, piję przesłodzoną herbatę i zastanawiam się jakim cudem wstanę do pracy o godzinie 5tej, skoro jeszcze się nie położyłam?

P.