Ahoj :D
Po tak długiej nieobecności powrót na blogowe strony bywa niezwykle... trudny. Masa pomysłów i miliony nowych, niepublikowanych, zalegających w mojej głowie przepisów. Ciężki wrzesień odbił się czkawką, a ja wracam do gotowania:)
Nowe, Agrestowe mieszkanie okazało się przyjemne, a duża kuchnia zachęca do pichcenia, kucharzenia i (o losie!) ciągłego jedzenia. Jednakże kto ma silną wolę ten ma lżej i dlatego wszelakim zachciankom mówię stanowcze NIE! Tym samym na wielki powrót polecam warzywną sałatkę z brokułem w roli głównej, może niekoniecznie dietetyczną, ale na pewno apetyczną^^
Przygotuj:
- nieduży brokuł
- makaron (ja użyłam małych kółek, ale może to być makaron ryżowy, czy jakikolwiek inny nadający się do sałatek)
- puszka konserwowej kukurydzy
- 20 dag drobiowej szynki
- duża czerwona papryka
- ser feta, najlepiej półtłusty
- jogurt naturalny lub majonez
- sól, pieprz, posiekana pietruszka
Brokuł myjemy i dzielimy na mniejsze różyczki. Gotujemy go na parze, ale tak by był lekko chrupiący. Nie można zapomnieć o delikatnym osoleniu go. Makaron gotujemy w sposób podany na opakowaniu, odcedzamy i pozostawiamy do obcieknięcia. Kukurydzę również odcedzamy i przekładamy do miski. Szynkę i ser i paprykę kroimy w kostkę. Ugotowany brokuł i makaron dodajemy do kukurydzy, ser, szynkę i paprykę również. Całość przyprawiamy, posypujemy pietruszką. Sałatkę podajemy z majonezem lub w wersji light z jogurtem naturalnym:)
Bon appetit! :)
Lato w pełni, a ja najwyraźniej go nie czuję. Ok, upały dają się we znaki i tego nie da się ukryć. Lecz cóż z
tego, gdy tegoroczne wakacje przyszło mi spędzić w otoczeniu murów Zielonej Góry, w pustym mieszkaniu, w samotności i z wrednym kotem?
Witaj znienawidzona praco zarobkowa. Tak kochana matko, tak kochany ojcze. Jestem dorosła, będę zarabiać. Żałuję minuty, w której podjęłam tą decyzję. Ale na szczęście minął już miesiąc i przyznać muszę, że praca nie jest taka zła, ludzie są sympatyczni i pomimo panujących tam syberyjskich mrozów, czuję się dobrze.
Jeszcze dwa miesiące i pracy i szkoła. Hmmm.. Marne pocieszenie.
Niepocieszający jest również fakt, że przez mój, nazwijmy to "pracoholizm", zaniedbałam swoje kulinarne wyczyny.
Bijąc się w pierś i powtarzając "mea culpa" przyznać muszę, że moja dieta przez ostatni miesiąc ograniczyła się praktycznie do samego makaronu, a co za tym idzie stała się jałowa, nieciekawa, nudna wręcz! I monotonna.
Na domiar złego mój organizm najwyraźniej odnotował spadek cukru i uporczywie domaga się uzupełnienia tego braku. Jeszcze miesiąc temu na myśl o naleśnikach na obiad robiło mi się niedobrze i byłam święcie przekonana, że czymś takim najeść się nie można. Jednak od tygodnia hmmm... Budyń na śniadanie? Czemu nie! Makaron z białym serem na obiad? Oczywiście i to trzy dni z rzędu. Kanapka z dżemem na kolację? Jak najbardziej.
Mój organizm potrzebuje cukru jak nigdy dotąd. To pewne. Jednak na samą myśl o tym co ostatnio zjadam dostaję cukrzycy. Najwidoczniej funduję sobie "białą śmierć" z całą świadomością i odpowiedzialnością. Nawet teraz, w środku nocy, piję przesłodzoną herbatę i zastanawiam się jakim cudem wstanę do pracy o godzinie 5tej, skoro jeszcze się nie położyłam?
P.