Pokazywanie postów oznaczonych etykietą główka-makówka?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą główka-makówka?. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Let's snow^^



Ho ho ho!
Wraz z pierwszym tygodniem grudnia przybyło śniegu i świątecznego nastroju. W studenckim mieszkaniu pojawiła się choinka, a w radio zaczęto puszczać świąteczne piosenki:) Nie żebym była jakoś specjalnie podekscytowana, ale za dwa tygodnie świętaaaa! Tym samym w domu rozpoczęła się burza mózgów: jakie potrawy przygotować, jakie ciasta upiec i od czego zacząć świąteczne porządki:) Ponieważ przyjemności należy odpowiednio dawkować, ja przedsmak świąt poczułam już wczoraj, gdyż po raz pierwszy spod mojej ręki wyszła polska ryba po grecku. Nie chwaląc się zbytnio, jest co najmniej epicka. W tym miejscu powinien pojawić się przepis, ale z racji ogarniającego mnie lenistwa i stygnącej kawy, zamieszczę go za jakiś czas:) 
A teraz życzę wszystkim udanego niedzielnego popołudnia, ciepłych kapci i grzańca na wieczór, enjoy!
P.






wtorek, 12 listopada 2013

Radość pachnie bananem.


   Kolejny długi weekend w domu i kolejny powrót do smutnej, uczelnianej rzeczywistości. Lubię to miejsce, lubię tu być, ale nie lubię tu wracać. Uczelnia, nauka, seriale, nauka, spanie. Ale jest coś jeszcze. Jest gorąca kawa w coraz mroźniejsze wieczory, są przyjaciele w smutnych chwilach. I jest ONA. Kuchnia. Moje miejsce, moja świętość, moje templum. Chyba nigdy wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, ile tych kilka chwil spędzonych na przygotowywaniu posiłków potrafi wnieść w moje życie. Jak bardzo odpręża, pobudza, jak bardzo cieszy. 
   Dziś dzień melancholii. Miasto spowił dym z kominów. Podobnie jak moją kuchnię - dym przypalonych ciastek :D
   Od jakiegoś czasu goszczą tu głównie przepisy słodkie, cukrowe i szalenie kaloryczne. Dziś również dałam się ponieść spadkowi cukru we krwi i w przypływie natchnienia popełniłam ciastka. Ale jakie! Nie było tam mąki, cukru, jajek. Wystarczyły dwa składniki: płatki owsiane i banan. Niby nic, a tyle radości. Bo radość wbrew pozorom pachnie właśnie bananem. 

   Lista zakupów jest prosta, wystarczą dwie garści płatków owsianych, najlepiej błyskawicznych, dwa banany, odrobina cukru waniliowego i dwie kostki czekolady.

Banany należy obrać ze skórki i umieścić w misce. 


Następnym krokiem ku przyszłości jest rozgniecenie ich widelcem na papkę (przy tej okazji polecam skorzystać z usług jakiegoś mięśniaka, bo nasza ręka na pewno przy owym ugniataniu ucierpi). 
Kiedy uzyskamy pożądaną konsystencję, dodajemy odrobinę cukru waniliowego i płatki. 
Mieszamy. Mieszamy. Mieszamy. 


Kolejną istotną rzeczą jest przygotowanie blaszki pod pieczenie. Należy pamiętać by wyścielić ją papierem do pieczenia, dzięki czemu nasze ciacha się nie przykleją. (Ja osobiście zapomniałam o tym istotnym szczególe, a później musiałam wzywać wszystkich świętych na pomoc). 

Następnym, a w zasadzie ostatnim krokiem jest położenie przyszłych
ciastek na blasze. To jaki będą miały kształt, jak będą duże i grube zależy oczywiście od Was. Ale wiadomo - im mniejsze i cieńsze, tym szybciej się upieką :) 


Wjeżdżamy zatem do pieca. Teraz powinna pojawić się informacja o temperaturze pieczenia, ale ciężko mi to określić z racji tego, iż korzystam z piekarnika gazowego. Ma być gorący i tyle. Czas pieczenia? Na oko. Ciastka mają się po prostu wysuszyć.

Kiedy nasze ciacha będą korzystać z termicznej kąpieli, my chwytamy się za tarkę i trzemy czekoladę. Gdy ciastka będą podpieczone, wyciągamy je na chwilę i posypujemy otrzymanymi wiórkami, po czym z powrotem lądują w piecu. 


Teraz wystarczy czekać, aż do końca się wysuszą i tadaaam :)

Są to chyba najbardziej dietetyczne i zdrowe ciastka, jakie ludzkość zdołała wymyślić. Mimo, że ja oparłam się na samych płatkach i bananie, to z powodzeniem można do nich dodać suszone owoce, bakalie i wszystko inne, co przyjdzie Wam do głowy. Są łatwe, smaczne i ładnie wyglądają. Szczególnie w obiektywnie Sylwii :) Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć Wam smacznego :)
























Pat.

  


niedziela, 10 listopada 2013

Manufaktura oponek :)

Dziś w programie oponka. A może ten oponek? Nie, stanowczo ta oponka. Moje polonistyczne skrzywienie nakazuje mi odmienić to przez przypadki :) ale nie, nie zrobię tego. Czym zatem jest owa oponka? Teraz czas na jakąś mądrą definicję, a zatem: oponka to okrągłe ciastko o złotawej barwie, wykonane z ciasta drożdżowego lub serowego, z otworem  środku, smażone w głębokim tłuszczu, często posypywane cukrem pudrem. Jak na mój gust, to po prostu prostsza odmiana pączka, zbliżona wyglądem do amerykańskiego donuta, aczkolwiek bardziej prymitywna. 

Mało kto jednak wie, że oponka to jedno z najbardziej tradycyjnych polskich ciastek, opisanych już przez Mikołaja Reja w "Żywocie człowieka poczciwego" :) niejaki J.K. wspominał, że w trakcie panowania Augusta III serwowano na dworze: 
"Ciasta także francuskie, torty, pasztety, biszkopty i inne, oponki nawet — wydoskonaliło się to do stopnia jak najwyższego. Staroświecką oponką trafiwszy w oko mógłby je podsinić, dziś oponka  jest tak pulchna, tak lekka, że ścisnąwszy ją w ręku znowu się rozciąga i pęcznieje do swojej objętości, a wiatr zdmuchnąłby ją z półmiska"
Tak więc bez wątpienia możemy śmiało stwierdzić, że co najprostsze, to najlepsze :) skoro poznaliśmy już historię tegoż specjału, nastał czas na zdradzenie przepisu.

SKŁADNIKI:
- 1/2 kg białego sera
- 1 paczka cukru waniliowego
- 1/2 szkl. cukru
- 60 dag mąki
- 1/2 kostki margaryny3 jaja
- łyżeczka sody oczyszczonej
- 2 łyżeczki śmietany

Zabieramy się do pracy. Na stół wyciągamy stolnicę, wysypujemy na nią mąkę, cukier jeden i drugi, dodajemy ser, margarynę, śmietanę, sodę i wbijamy jajka. Całość zagniatamy tak długo, aż wszystkie składniki się połączą, tworząc jednolitą masę. Wałkujemy i wycinamy szklanką kółka, podobnie jak na pierogi, a następnie małym kieliszkiem lub nakrętką od butelki w tych większych kółkach wycinamy mniejsze:)

Na patelni rozgrzewamy olej, dużo oleju i smażymy do momentu, aż osiągną kolor złocisty. Po wyjęciu dobrze ułożyć je na papierowym ręczniku, który wchłonie nadmiar oleju. Usmażone oponki posypujemy cukrem pudrem, zjadamy i cieszymy się pochłanianymi kaloriami, które następnie utworzą oponkę, ale na naszym brzuchu :D Enjoy!






Pat.

Hello my sweet home

Bonjour!
Znów nastał weekend, a ja znów wyruszyłam do domu. Lubię być w domu. Bardziej niż w zeszłym roku. Pewnie dlatego, że czuję się słodko odmóżdżona, a problemy mnie tutaj nie dosięgają. Mogę siedzieć cały dzień pod kocem, z laptopem, z kubkiem aromatycznej kawy i nie robić nic. Będąc tu, mam też najwięcej czasu i możliwości, by kolokwialnie mówiąc "stanąć przy garach", nawet na cały dzień i oddać się temu co lubię najbardziej. Tak też było wczoraj, o rana do wieczora w kuchni, czego efekty zobaczycie już niebawem :) Tak sobie myślę, że do wczorajszego dnia nie zdawałam sobie sprawy, że gotowanie jest tak odprężające i że pomaga wyzbyć się negatywnych emocji.
A dziś? Dziś gotuje tato, a ja popijam kawę i zagryzam słodkim, wysokokalorycznym, niezdrowym, ale jakże smacznym ciastkiem :D

Enjoy!/Pat.

 #poranek z kawą i laptopem <3

#la muffinka zjedzona w pociągu

środa, 30 października 2013

Muffin time!

Zaledwie trzydniowy tydzień zdecydowanie wyszedł mi bokiem. Nie wiem kto wymyślił uczenie się na studiach, ale nic dobrego z tego nie wynika. All day, all night nauka. Padam na twarz.
 Z racji tegoż, moja wena twórcza odpłynęła w nieznane i nie wiem kiedy wróci. Nie mniej jednak, przy okazji zbliżającego się iście pogańsko - szatańskiego święta Halloween, wklejam zdjęcie Patryni z wysokokaloryczną, halloweenową muffinką z kremem o smaku gumy balonowej <3




Blog mój, zdjęcie moje, a muffinka Panny Ły. Chyba ona jest mistrzem w robieniu babeczek, więc dlaczego mam jej odbierać tą przyjemność? Jak już będę duża, to otworzę muffinkowy sklep. Ły będzie piekła, a ja zajmę się dystrybucją. Żartowałam, tak naprawdę będę je zjadać^^


Dobranoc!
P.



piątek, 2 sierpnia 2013

Za mało cukru w cukrze

Lato w pełni, a ja najwyraźniej go nie czuję. Ok, upały dają się we znaki i tego nie da się ukryć. Lecz cóż z
tego, gdy tegoroczne wakacje przyszło mi spędzić w otoczeniu murów Zielonej Góry, w pustym mieszkaniu, w samotności i z wrednym kotem?

Witaj znienawidzona praco zarobkowa. Tak kochana matko, tak kochany ojcze. Jestem dorosła, będę zarabiać. Żałuję minuty, w której podjęłam tą decyzję. Ale na szczęście minął już miesiąc i przyznać muszę, że praca nie jest taka zła, ludzie są sympatyczni i pomimo panujących tam syberyjskich mrozów, czuję się dobrze.

Jeszcze dwa miesiące i pracy i szkoła. Hmmm.. Marne pocieszenie.

Niepocieszający jest również fakt, że przez mój, nazwijmy to "pracoholizm", zaniedbałam swoje kulinarne wyczyny.

Bijąc się w pierś i powtarzając "mea culpa" przyznać muszę, że moja dieta przez ostatni miesiąc ograniczyła się praktycznie do samego makaronu, a co za tym idzie stała się jałowa, nieciekawa, nudna wręcz! I monotonna.

Na domiar złego mój organizm najwyraźniej odnotował spadek cukru i uporczywie domaga się uzupełnienia tego braku. Jeszcze miesiąc temu na myśl o naleśnikach na obiad robiło mi się niedobrze i byłam święcie przekonana, że czymś takim najeść się nie można. Jednak od tygodnia hmmm... Budyń na śniadanie? Czemu nie! Makaron z białym serem na obiad? Oczywiście i to trzy dni z rzędu. Kanapka z dżemem na kolację? Jak najbardziej.

Mój organizm potrzebuje cukru jak nigdy dotąd. To pewne. Jednak na samą myśl o tym co ostatnio zjadam dostaję cukrzycy. Najwidoczniej funduję sobie "białą śmierć" z całą świadomością i odpowiedzialnością. Nawet teraz, w środku nocy, piję przesłodzoną herbatę i zastanawiam się jakim cudem wstanę do pracy o godzinie 5tej, skoro jeszcze się nie położyłam?

P.


sobota, 29 czerwca 2013

Dom, domek, domeczek :)

Home.. Sweet home...
Wakacje, wreszcie wakacje. Co prawda sesja skończyła się dla mnie już kilka dni temu, ale dopiero teraz, gdy szkolne dzieciaki mają również luz blues, mogę z czystym sercem przyznać, że czuję lato:)
Moje niezapowiedziane przybycie do domu nieco zszokowało domowników, ale jakaż była radość ze strony rodziców, którzy stęsknili się za pierworodną córką - nie do opisania :)
Moja radość była równie wielka, gdy zwiedzając domowe włości natknęłam się na krzak pięknych, czerwonych porzeczek <3 (mała porada dla odchudzających;p szklanka porzeczek zawiera tylko  50 kcal, więc mogą one być pyszną, lekką przekąską). 


Ale oczywiście przyjazd do domu kojarzy się studentowi nie tylko ze słodkim lenistwem, ale przede wszystkim pysznym jedzeniem:) mnie moja kochana rodzicielka postanowiła uraczyć wątróbką... Hmmm... Wątróbka... Kocham wątróbkę! Jako studentka rzadko miewam okazję gotować ją na stancji, dlatego tym bardziej cieszę się mogąc od czasu do czasu zjeść ją w domu.
Oczywiście niezwykle istotny jest fakt, że wątróbka jest niesamowicie zdrowa i mi, jako honorowemu, a nawet zasłużonemu dawcy krwi, poprawia ukrwienie.
I teraz tak, porzeczki fajne, truskawki z ogródka fajne, wątróbka też niczego sobie, myśl o jutrzejszym, niedzielnym domowym obiadku doprowadza do szału moje ślinianki, ale ja już tęsknie za moimi studenckimi, kombinowanymi daniami:( a więc dlatego, w ramach swoistego powrotu do niedalekiej przeszłości przepis na szybką i bardzo smaczną sałatkę.



SAŁATKA TORTELLINI 


Składniki:
- paczka makaronu tortellini 
- dwa pomidory średniej wielkości
- dwa zielone ogórki średniej wielkości
- koperek

Składniki na sos:
- śmietana 18%
- majonez
- trzy ząbki czosnku
- oregano, bazylia, zioła prowansalskie, sól, pieprz



Trzy łyżki śmietany, półtorej łyżki majonezu dajemy do miseczki. Czosnek obieramy i wciskamy do reszty składników. Przyprawiamy oregano, bazylią, ziołami prowansalskimi, solą i pieprzem. Całość mieszamy i wstawiamy do lodówki.

Nastawiamy wodę na makaron, dodajemy do niej łyżkę oliwy i łyżeczkę soli. Po zagotowaniu wody wrzucamy makaron i gotujemy do uzyskania miękkości. Pomidory myjemy i kroimy w dość dużą kostkę. Ogórki obieramy i podobnie jak pomidory kroimy. Dorzucamy posiekany drobno koperek. Gdy makaron jest już miękki odcedzamy go, zlewamy zimną wodą, czekamy aż dobrze obcieknie i dodajemy do warzyw. Całość mieszamy. Porcję nakładamy na talerzyk i polewamy sosem.

Przygotowanie tej sałatki wymaga naprawdę niewielkich umiejętności kulinarnych, jak również niewiele czasu. Dodatkowo, zamiast makaronu tortellini można użyć świderków lub jakiegokolwiek innego makaronu. Natomiast zamiast sosu czosnkowego, sałatkę można wymieszać z samym majonezem.


Oczywiście niewybaczalne byłoby, gdybym przy okazji nie wspomniała o tym, że moją muzą i inspiracją do stworzenia tej sałatki była niejaka Sylwia Ł., która to natchnęła mnie do jej stworzenia <3




Powodzenia i smacznego:)

wtorek, 25 czerwca 2013

Studencka sielanka

Uhhh... Jakże cudownie czuć się studentką drugiego roku:) Ostatni egzamin za mną, a przede mną trzy miesiące wymarzonych (z pewnością przepracowanych) wakacji.
Co prawda pogoda nie nastraja pozytywnie, (z domu nie wychodzę w obawie, że porwie mnie wiatr oO) ale dzięki temu można cały dzień siedzieć przed komputerem, telewizorem, nie mając wyrzutów, że marnujemy sobie życie;p dlatego idąc za ciosem, po porannym egzaminie najpierw trzy godziny spałam, potem katowałam mój biedny mózg Kwejkiem, Pudelkiem i Rozmowami w toku tylko po to, aby następnie udać się do kuchni, czy też jak poniektórzy twierdzą: "mojego pokoju" i oddać się jedzeniu, a raczej jego przyrządzeniu:)

Dzisiejsze danie nie należy do najbardziej wyszukanych i w sumie nie wiem czym to tłumaczyć, przemęczeniem, wyczerpaniem czy też po prostu brakiem weny. Jednakże z pewnością jest lekkie, łatwe, przyjemne i smaczne.



MŁODE ZIEMNIACZKI 
Z ŚMIETANOWO-ZIOŁOWYM DIPEM

Przygotujcie:

- kilka młodych ziemniaków
- świeży koperek
- śmietana 18%
- majonez
- sól, pieprz, bazylia, oregano, majeranek, zioła  prowansalskie
   


Ziemniaki moczymy przez 10 minut w wodzie, następnie je obieramy, a raczej skrobiemy nożykiem. Gotujemy w osolonej wodzie do momentu aż zrobią się miękkie.


Do miseczki dajemy dwie łyżki śmietany i jedną łyżkę majonezu. Koper siekamy i wrzucamy do miseczki, zostawiając część zieleninki do posypania ziemniaków. Sos przyprawiamy odrobiną bazylii, oregano, ziół prowansalskich, majeranku, soli i pieprzu. Całość dokładnie mieszamy i wstawiamy do lodówki.

Gdy ziemniaki są gotowe, odcedzamy je, posypujemy koperkiem i intensywnie potrząsamy garnkiem tak, aby ziemniaki oblepiły się koprem:) Wykładamy je na talerzyk i polewamy sosem. Danie można podawać z surówkami lub po prostu ze świeżymi warzywami wedle własnego uznania:)





A po wszystkim... Herbatka. Z moim Jonem. Na kubku. I wzrokiem wbitym w zalane deszczem okno...:)


Bon apetit!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Studenckie Rewolucje :)

Wszyscy doskonale znamy stereotypowy profil studenta - imprezowicza, który niemalże nigdy nie ma pieniędzy i prawie zawsze jest głodny. Nic dziwnego, rozpoczynając swoją studencką przygodę, nie zdawałam sobie do końca sprawy, jakim wyzwaniem jest opuszczenie domu rodzinnego, a co gorsza rodzinnej kuchni. Tak właśnie, kuchni.
Wraz z podbojem wielkiego, zielonogórskiego świata, zakończył się podbój mojego podniebienia czyniony przez mamusine, tudzież tatusine obiadki.
O losie! Nie jestem typem człowieka - studenta latającego codziennie do fast food'a, zapychając hamburgerami tęsknotę za domowym kotletem z ziemniakami. Okej. W takim razie zupki chińskie, kanapki czy głodówka? Wybierajcie, przebierajcie.
Ale zaraz, zaraz. Studenci zawsze są obdarowywani pyszną strawą, szczelnie zamkniętą w słoiku, przywiezioną z domu rodzinnego. Bigosik, gołąbeczki, pierożki. Mniam. Ale ileż można jeść ciągle odgrzewane jadło i rozgotowane pierogi?
Koniec, basta.
W dniu, w którym postawiłam kres śmieciowym zupkom chińskim, kanapkom na obiad (mamusinej wałówki nie zdołałam odrzucić;p ), nastąpiła istna kuchenno - studencka rewolucja.
Nagle zdałam sobie sprawę, że gotowanie wcale nie jest takie trudne, dodatkowo wychodzi mi to całkiem nieźle, a ponadto często gęsto udaje mi się upichcić coś z niczego. Tym samym jestem żywym, namacalnym dowodem na to, że obiad nie musi zawsze składać się z ziemniaków i mięsa.

A więc szable, w tym wypadku łyżki w dłoń, bo jestem tu, aby tchnąć nowe życie w studenckie kuchnie, aby postawić kres śmieciowemu jedzeniu i aby udowodnić studentom, że gotowanie może być niezmiernie przyjemne, a dodatkowo jest dobrym pretekstem do nieuczenia się :D a sesja już blisko;p